LOKALNY SERWIS INFORMACYJNY REGIONÓW SŁUPSKIEGO I LĘBORSKIEGO

Szekspir współczesny? Kilka refleksji

0

Od razu spieszę przeprosić spadkobierców myśli Jana Kotta za to, że posłużyłem się tytułem jego książki o twórczości Szekspira. Nie tak jej autor wykładał współczesność i żywotność w niej idei renesansowego dramaturga, jak zostało nam to pokazane na słupskiej scenie. Ale… każdy wiek ma swoje prawa.

Przyjmując, że Szekspir, pisząc „Kupca weneckiego”, wsłuchiwał się w głos londyńskiej ulicy i analizował jej nastroje, trzeba przyznać, że reżyser słupskiego spektaklu bardzo przejął się doniesieniami współczesnych mediów. Również społecznościowych. Tym sposobem autor komedii napisał sztukę jak najbardziej mu współczesną, a reżyser starał się zrealizować jak najbardziej współczesny sobie spektakl. O ile jednak Szekspir potrafił mroczne wątki przeobrazić w komedię – chociaż o nieco gorzkim wydźwięku – o tyle reżyser pogłębił je drastycznością ostatnich scen spektaklu. Komediowym happy endem obdarzył jedynie kupca Antonia. Tytułowy bohater ocalił życie, wieści o zatonięciu jego statków okazały się plotką, swoim oddaniem zyskał dozgonną wdzięczność Bassania, zabezpieczył materialnie przyszłość Lorenza, a na dodatek wprowadził do chrześcijańskiej wspólnoty znienawidzonego wcześniej żydowskiego lichwiarza. Co ważniejsze, ten ostatni triumf może być odczytywany jako akt jego… miłosierdzia i dowód na wyższość chrześcijańskich wartości. Na marginesie zaznaczmy, że tylko ten ostatni triumf jest jego dziełem, bo reszta to sztuczka przebierańców i zastosowanych przez nich kruczków prawnych.

Jeżeli zamysłem reżysera było obnażenie w spektaklu hipokryzji Antonia, to wypadł on bardzo blado. Przede wszystkim nie podołał temu aktor (chyba że reżyser tak chciał). Jego szydercze kwestie kierowane pod adresem Shylocka ani trochę nie wybrzmiewają ze sceny. Przez to postać kreowana na wzór nieskalanego, „papierowego bohatera” staje się nudna i nie budzi żadnych emocji. Interpretacji w kierunku hipokryzji chrześcijańskiego miłosierdzia nijak nie akcentuje też wprowadzona do spektaklu scena chrztu Żyda. Zdaje się raczej schlebiać najniższym gustom i komedię zmieniać w tragedię.

Wprawdzie spektakl nie jest anonsowany jako komedia, ale zdarzają się w nim jednak wątki komediowe. Zacznijmy od Porcji i scenicznych sygnałów upływu czasu. Bohaterka posługująca się na co dzień smartfonem i wideokomunikatorami musi być już leciwą starą panną, jeżeli jej zmarły tatuś tuż przed śmiercią nagrywał swoją ostatnią wolę na kasetę VHS. Powszechność smartfonu od kasety dzieli lat przynajmniej dwadzieścia. Wiekiem dorównywać jej musi Bassanio, skoro jego oblubienica widziała go po raz pierwszy na dworze żyjącego jeszcze ojca. Humorystycznie wypada również Antonio, który ma pod ręką najnowsze wynalazki technologiczne, a nie może zdementować katastroficznych wieści o losie jego statków. Ba! Na początku spektaklu wybiera rolę tragiczną i niejako wbrew swojej woli zostaje obdarowany przez reżysera happy endem. Żyd Shylock też jest kandydatem do błazeńskiej czapki. Kategorycznie odmawia spożycia obiadu ze swoim pożyczkobiorcą (brzydzi go nawet widok wieprzowiny), ale scenę później… korzysta z zaproszenia na przyjęcie z pochodniami, organizowane przez tych samych chrześcijan. Dlaczego? W spektaklu nie ma o tym ani słowa, ale można się domyślić, że tylko po to, by dać córce sposobność do ucieczki z Lorenzo. Baśniowy Belmont okazuje się portalem randkowym, utkanym zagadkami, fortelami i oszustwami. Wyzute z nazwy portowe miasto, w którym rozgrywa się akcja spektaklu, ma jednak swoje Rialto, na którym komentuje się zdarzenia i wszystkich obgaduje. Najprawdopodobniej portowe miasto jest punktem, do którego można dotrzeć jednym kliknięciem komputerowej myszki, a Rialto niczym innym niż internetowym forum. Reżyserskie zasłuchanie w głosy współczesności pozwala w doży tego portowego miasta, a jednocześnie sędzim trybunału, widzieć mafijnego ojca chrzestnego, Jessice i Lorenzo zażywać kokę z ekranu smartfona, ale Shylockowi już nie pozwala na korzystanie z bankowego konta. Ot, taka niespójna współczesność, nacechowana brakiem szacunku dla słowa, chwilami nudna, a chwilami wrzaskliwa i nie wiadomo, dlaczego akurat tak pokazana. Na dodatek sceniczne „dzianie się” obfituje w dłużyzny, a przez to brakuje mu tempa.

Oglądając ten spektakl (3 marca) szukałem odpowiedzi na pytania postawione w jego zapowiedzi. Według niej „Shakespeare w zderzeniu ze współczesnością zawsze ujawnia nieznane pokłady aktualności. Nie pyta, czy gramy role. To jest oczywiste. Narodowość, religia, status społeczny, płeć – to tylko sposoby radzenia sobie z rzeczywistością, wymyślone reguły. Pytanie, czy powinniśmy ich przestrzegać? Czy da się w pełni z nich zrezygnować? Skoro i tak gramy role, to lepiej jest, jak Antonio w pierwszej scenie, zdecydować się na tę tragiczną, czy mimo wszystko, jak w klasycznej komedii, walczyć o happy end?”. Niestety, odpowiedzi na te pytania nie znalazłem. Nie bardzo wiem, o jakie pokłady aktualności reżyserowi chodziło ani o jaką rzeczywistość. Nie omieszkał jedynie monologiem Shylocka oskarżyć widzów o antysemityzm, poruszyć część publiczności nagim tyłkiem Bassania i brutalnym traktowaniem Jessiki przez będącego na narkotykowym głodzie Lorenza. Odbiorca ma jednak tę korzyść, że obcuje z żywym słowem, a spektakl spektaklowi nierówny, bo – jak swego czasu powiedział Józef Szajna – to tylko i aż teatr.

Jedno jest natomiast pewne. Z przyjemnością wróciłem do Szekspira, przeczytałem ponownie „Kupca weneckiego” i odnalazłem w nim te uniwersalne aktualności i wartości, które znaczą geniusz renesansowego dramaturga.

Ryszard Hetnarowicz

Skomentuj