LOKALNY SERWIS INFORMACYJNY REGIONÓW SŁUPSKIEGO I LĘBORSKIEGO

Interes miasta?

0

Słupszczanin przekonał się, że przez 30 lat można dzierżawić i systematycznie zagospodarowywać nieużytek, by po pewnym czasie stał się on działką budowlaną. I to na tyle cenną, by miasto odmówiło dotychczasowemu dzierżawcy zakupienia jej w ramach polepszenia warunków zagospodarowania.

Słupska ulica Gałczyńskiego ma ciekawą historię. Swój obecny wygląd zawdzięcza w zdecydowanej większości swoim mieszkańcom. To oni zabiegali o położenie utwardzonej nawierzchni, oni wyłożyli na to pieniądze. Jest jednak zakątek tej ulicy, który nie ma sobie równych w mieście. Kiedy w 1985 roku Józef Zołotar zdecydował się na zamieszkanie przy tej ulicy, kupił działkę będącą w części nieużytkiem. Do niej przylegał już tylko teren, który był wyrobiskiem po dawnej piaskowni i żwirowni. Na dodatek pełniącym funkcję dzikiego wysypiska, na którym można było znaleźć nawet karoserię samochodu. Żeby uprzątnąć swoją działkę i wąwozowe przyległości, słupszczanin wypożyczał spychacz – popularnego ówcześnie stalińca – a z placów budowy zwoził ziemię. Zanim ten teren stał się zdatny do budowy domu, a później godziwego zamieszkania w nim, pochłonął 30 tysięcy metrów sześciennych ziemi. Józef Zołotar nie poprzestał na tym. Nieużytek w postaci urwiska i dzikiego wysypiska przylegający do jego działki wydzierżawił od miasta, teren wyrównał i posadził na nim ponad sto drzew i kilkadziesiąt krzewów. Tak powstał mały osiedlowy park, z którego korzystali inni mieszkańcy i wierni wracający do domów z pobliskiego kościoła. Nawet nie przypuszczał, że dzięki jego pracy i pieniądzom powstanie działka budowlana, na której miasto będzie chciało zarobić. Pielęgnując sadzoną prze siebie roślinność pamiętał o obietnicy poprzedniej ekipy rządzącej, która zachęcając go do tych działań pielęgnacyjnych obiecała sprzedanie mu terenu dawnego nieużytku po zakończeniu budowy ringu. Niestety, rządzący w ratuszu się zmienili i wszystkie obietnice przepadły. Dzierżawy nie przedłużono i działka została wystawiona na sprzedaż.

Jak się dowiedziałem, że ten teren chcą zdecydowanie sprzedać, to nie zwlekając długo wystąpiłem z pismem, że ja ten teren chcę kupić, powiedzmy, za 50 procent – mówi Jan Zołotar. – Mimo że ja o ten teren zadbałem nie żądam za to żadnego odszkodowania za swój duży wkład. Ofertę złożyłem przy pierwszym przetargu. Moja rodzina dołożyła się do tego. Powiedzieli mi „Józek weź ten teren, a my pomożemy, żebyś swojej pracy nie zmarnował”. Poszedłem na pierwszy przetarg. Było dwóch chętnych, ale powiedzieli, że ten teren absolutnie nie nadaje się na budowę. Z jednej strony ekran ringu, z drugiej strony budynek, a szerokość około 10 metrów. A działka jest z klina. Nie czekając długo złożyłem kolejne pismo i podniosłem swoją ofertę do 60 procent ceny wywoławczej, bo dostałem z urzędu pismo, że w drugim przetargu mogą cenę obniżyć do 50 procent. Do drugiego przetargu poza mną absolutnie nikt nie przystąpił. W końcu jest trzeci przetarg, a ja swoją ofertę podtrzymywałem. Przy trzecim przetargu sprzedają jednej osobie.

Tym kupcem nie był pan Józef. Nowy właściciel po obejrzeniu działki stwierdził w rozmowie ze swoim przetargowym konkurentem i przyszłym sąsiadem, że mieszkać tam nie będzie. Raczej wybuduje coś pod wynajem. To dodatkowo zbulwersowało mieszkańców tej ulicy. Nie dość, że pisemnie poparli starania pana Józefa o kupno działki, która i tak służyła im wszystkim, to dodatkowo – jak słyszeli – ma na niej stanąć obiekt hotelowy. Czarę goryczy przelała informacja o tym, że różnica między ceną zbycia tej działki przez miasto a sumą oferowaną przez pana Józefa, to zaledwie 55 tysięcy. Twierdzą, że gdyby wiedzieli, że te pieniądze uratują budżet Słupska, to… złożyliby się! Stało się jednak i trudno cokolwiek zmienić, a Józef Zołotar ma jeszcze jeden kłopot. To granica działek biegnąca trzy metry od jego budynku. Przestrzeganie jej uniemożliwia mu korzystanie z garażu, który wybudowany został zgodnie z wcześniejszym pozwoleniem. Ale cóż! Najważniejszy jest interes miasta, czyli kasa. Widocznie nawet te 55 tysięcy ważniejsze jest od losu kilkudziesięciu mieszkańców i ich oczekiwań.

Do sprawy wrócimy. (opr. rkh)

Skomentuj