LOKALNY SERWIS INFORMACYJNY REGIONÓW SŁUPSKIEGO I LĘBORSKIEGO

Romantyzm, metamorfozy i jodłowanie

1

W sobotni wieczór w sali Polskiej Filharmonii Sinfonia Baltica im. Wojciecha Kilara w Słupsku spotkali się mistrzowie muzyki. Podziwiać można było ich popisy przy pulpicie dyrygenckim, fortepianie, na instrumentach smyczkowych, dętych, strunowych i perkusyjnych, by w całości złożyły się one na doskonałe wykonanie niezwykłych kompozycji, z których jedna była prawykonaniem.

Pierwsza część wieczoru należała do Andrzeja Jagodzińskiego i jego Koncertu fortepianowego g-moll. Trudno nie dostrzec w tej kompozycji fascynacji muzyką Chopina, a szczególnie subtelnością uczuć, gwałtowną namiętnością i nutką wywiedzioną z folkloru. Już wcześniej ten znakomity pianista jazzowy dawał dowody wyjątkowego rozumienia Chopina i twórczego rozwijania jego muzycznej myśli. W swoim koncercie poszedł dalej. Złożył hołd Chopinowi nie tylko tematycznymi – bliskimi cytatom – nawiązaniami do jego kujawiaka czy mazurków, ale i klasyczną trzyczęściową budową i oznaczeniami tempa kolejnych części. Jest jednak coś, co mniej formalnie, a w sposób bardziej widoczny łączy obu twórców i przez każdego odbiorcę może być przyjmowane indywidualnie. To obrazowość ich muzyki. Zatapiając się w niej, można kreślić znane tylko sobie pejzaże – zarówno te postrzegane w naturze, jak i wewnętrzne. U obu twórców – chociaż w różnym stopniu natężenia – pojawia się zmienność nastroju, refleksyjność, zaduma i tęsknota za naturalną harmonią. Może stąd biorą się klamry w postaci motywu spinającego całość tej kompozycji?

Jest jednak w Koncercie Jagodzińskiego coś, co znacznie wykracza poza Chopinowskie dokonania. To instrumentacja całości. Zarówno partie kontrabasu (głęboki ukłon w stronę Adama Cegielskiego za kantylenowe brzmienia), perkusji (mistrzowski finał Romanzy Czesława „Małego” Bartkowskiego), jak i całej słupskiej orkiestry – ona nie towarzyszy jazzowemu trio, nie tworzy dla niego tła, ona także jest solistą. I to perfekcyjnym! Tak smyczki, jak i instrumenty dęte mają swój doniosły udział w tworzeniu całości tego dzieła. Wyraźnie widać to w partiach dialogu pomiędzy obiema sekcjami a fortepianem. Taką rolę wyznaczył jej kompozytor i chociaż fortepian jest instrumentem wiodącym, miejsce na prezentację swojego kunsztu mają także pozostali instrumentaliści. Tego koncertu, w którym fragmenty jazzowe i klasyczne tworzą spójną całość, chciałoby się słuchać, słuchać…

Drugą częścią wieczoru zawładnął mistrz w osobie kompozytora Krzesimira Dębskiego. Filharmonicy stanęli przed zadaniem prawykonania jego Cyklu wariacji na głos solowy, chór mieszany i orkiestrę symfoniczną, opatrzonego podtytułem Witkacego portrety kobiet. Dzieło to napisane zostało dla obchodzącej 40-lecie słupskiej orkiestry. Rolę solistki w tej światowej premierze kompozycji przyjęła Aneta Łukaszewicz (mezzosopran), partie wielogłosowe wykonywała młodzież z chóru Fantazja (SP nr 5 i II LO w Słupsku) oraz Państwowej Szkoły Muzycznej I i II stopnia w Słupsku, a chórzystów przygotowała Lilianna Zdolińska. Obok sceny pojawił się także ekran, na którym wyświetlane były Witkacowskie portrety kobiet.

Już pierwsze dźwięki tej kompozycji zapowiadały nastrój pełen napięcia i dramatyzmu. W miarę rozwoju muzycznych zdarzeń – podzielonych na trzy części – na scenie pojawiały się różnorodne oblicza kobiety. Wszystkie uosabiała solistka, która – tekstami zaczerpniętymi przede wszystkim z Nienasycenia i Pożegnania jesieni – najpierw była kobietą odrobinę zagubioną, delikatną, ale i niepozbawioną narkotycznego czaru, by na koniec jawić się jako osobowość władcza, zdecydowana, pewna swojej wartości i zaborcza. Głos Anety Łukaszewicz – wspierany perfekcyjnie dobranymi portretami pędzla Witkacego – znakomicie oddawał te przemiany, a ostatnie wyśpiewane zdanie (Metafizyczne nienasycenie znajduje tylko częściowe spełnienie) wybrzmiało jak motto całości. Bardzo dobrze wywiązał się ze swojej roli chór, którego zadaniem było komentowanie – niemal jak w tragedii greckiej – metamorfoz dokonujących się w kobiecie. Ze szczególnym punktowaniem tych ciemniejszych stron. Chórzyści czynili to czytelnie i ze znakomitym wyczuciem.

Kolejny raz pole do popisu miała słupska orkiestra, prowadzona prze Bohdana Jarmołowicza. Kompozycja Dębskiego wysoko stawia poprzeczkę wszystkim instrumentalistom. Muzyka doskonale buduje nastrój, ale wymaga precyzji w jego przekazaniu – szczególnie we współpracy z solistą i chórem. Kompozytor mocne akcenty powierzył smyczkom (partie solowe), a także instrumentom perkusyjnym i fortepianowi. Jubilaci dali pokaz swojego artyzmu i wspólnie z wokalistami stworzyli jednolite dzieło.

Nie był to jednak koniec tego wieczoru. Krzesimir Dębski pojawił się na scenie nie tylko po to, aby odebrać zasłużone owacje, ale i zaprezentować – razem z orkiestrą – swoją najnowszą kompozycję, czyli Słupski folk. To był muzyczny żart, który stał się dla kompozytora okazją do wspólnej zabawy z filharmonikami i publicznością. Były więc wycinanie hołubców i słupskie jodłowanie mistrza, mniej i bardziej udane powtarzanie fraz muzycznych dyktowanych przez niego, a na końcu przemawianie się z instrumentalistami. Wszystko w pikantnym sosie przemyślanej muzyki. Czyli… po mistrzowsku.

Ryszard Hetnarowicz

Dyskusja1 komentarz

Skomentuj