LOKALNY SERWIS INFORMACYJNY REGIONÓW SŁUPSKIEGO I LĘBORSKIEGO

Dogrywka dla Panter

0

W Wielką Sobotę koszykarze Energi Czarnych Słupsk podejmowali w hali Gryfia zespół King Szczecin. Po 40 minutach gry na tablicy wyników widniał remis 67:67. Dodatkowa część meczu należała już do gospodarzy, którzy wygrali ją 17:10 i całe spotkanie 84:77.

Koszykarze Energi Czarnych Słupsk od pewnego czasu fundują swoim kibicom w ostatnich minutach meczów horror, który zazwyczaj kończy się happy endem. Nie inaczej było w sobotnim pojedynku z zespołem King Szczecin. Podopieczni Robertsa Stelmahersa rozpoczęli od mocnego uderzenia – celny rzut Grzegorza Surmacza otworzył spotkanie. Po pięciu minutach gry Surmacz miał już na swoim koncie 10 zdobytych punktów. Swoje dołożył David Kravish i powiększył przewagę gospodarzy do 18:4. Drużyna gości nie potrafiła zatrzymać rozpędzonych Czarnych i pierwsza kwarta zakończyła się wygraną gospodarzy 20:8.

Początek drugiej kwarty należał jeszcze do słupszczan, którzy nadal punktowali i byli na dobrej drodze łatwego wygrania meczu – prowadzili już 31:16. Ale drużyna King Szczecin doznała przebudzenia. Złapała wiatr w żagle po celnych rzutach Travisa Releforda i Pawła Kikowskiego. Prowadzenie Czarnych zmalało do 33:26.

Dużo lepsza obrona Kinga uniemożliwiła drużynie gospodarzy łatwe zdobywanie punktów, a to spowodowało, że dystans punktowy między rywalami znacznie stopniał. Wprawdzie Czarne Pantery po pierwszej połowie nadal prowadziły, ale już tylko siedmioma punktami 35:28. W trzeciej kwarcie szczecinianie z każdą minutą rozkręcali się i uwierzyli, że mogą zdobyć Gryfię. Słupski zespół miał problemy z konstruowaniem akcji, co owocowało niepotrzebnymi faulami, które w mistrzowski sposób na punkty zamieniali Rusesell Robinson i Paweł Kikowski. Po trzech kwartach przewaga słupszczan wynosiła tylko 4 oczka.

O wszystkim miała więc zdecydować czwarta kwarta. Słupszczanie – podobnie jak pierwszą – rozpoczęli ją znakomicie. Po trafieniach z dystansu Surmacza, Lewisa i Ginyarda mieli dziewięć punktów przewagi (62:53). Okazało się to jednak za mało na szczecinian. Końcówkę meczu goście zagrali wyśmienicie. Po trójce Russella Robinsona zrobiło już tylko 62:61. Na sześć sekund przed końcem meczu Anthony Goods nie wykorzystał drugiego rzutu wolnego, świetnie zebrał piłkę Marcin Dutkiewicz i podał natychmiast do Pawła Kikowskiego. Ten, niemal równo z końcową syreną, doprowadził do stanu 67:67, a tym samym do dogrywki.

W pierwszych minutach dodatkowego czasu gry po dwóch celnych rzutach wolnych Roberta Skibniewskiego King Wilki Morskie wyszły na prowadzenie. Jednak słupszczanie nie pozwolili rywalom na zwiększenie przewagi i po rzutach Łukasza Seweryna i Goodsa szybko objęli prowadzenie. Zwycięstwo 84:77 przypieczętował rzutem wolnym kapitan zespołu, Łukasz Seweryn.

Na konferencji pomeczowej trener Marek Łukomski i Paweł Kikowski dziękowali swoim zawodnikom i kibicom, którzy przyjechali ze Szczecina i dzielnie wspierali drużynę. Porażka szczecinian praktycznie zamknęła im drogę do gry w fazie play off.

Inny nastrój miał trener Roberts Stelmahers. Mimo wielkich nerwów w końcówce czwartej kwarty oraz dogrywce, miał powody do satysfakcji – jego zespół zrobił kolejny krok w stronę play offów. Ze zwycięstwa cieszył się także David Kravish. Kolejne spotkanie Czarne Pantery zagrają na wyjeździe (22 kwietnia) z sąsiadem w tabeli, MKS-em Dąbrowa Górnicza. W hali Gryfia czekać będzie ich równie ciężki mecz w środę, 26 kwietnia, z drużyną BM Slam Stal Ostrów Wielkopolski.

Skomentuj